Chodzę do szkoły bo lubię

Ten trochę długi, ale ciekawy artykuł napisała nauczycielka szkoły nauczającej metodą Montessori. Polecam do przeczytania, aby pogłębić swoją wiedzą w tej dziedzinie.

Każdy z nas to przeżył

Poranne wstawanie. Dwa warkoczyki, worek na buty, w plecaku kanapka, której nie zjem. Szatnia w podziemiach, trzeba znaleźć właściwy „boks” i koniecznie przebrać buty, bo przy wejściu czuwa pani woźna. Pióro, które skrobie. Nie uzupełniony szlaczek. Dyktando – skąd mam niby wiedzieć, że u z kreską nigdy nie piszemy na końcu wyrazu!? Geometria – bezcelowa walka z linijką ekierką i przede wszystkim z cyrklem (potem się okazało, że to nie ja go nie umiem używać tylko po prostu jest beznadziejny). Grafy – coś zupełnie bezsensownego, co czyniło mój zeszyt do matematyki jeszcze bardziej niestarannym.
A z drugiej strony chciałam tam wracać (pomijając to, ze musiałam…), bo koleżanki i koledzy, przerwy na boisku, zbieranie karteczek i pani, która – w gruncie rzeczy- była fajna.
Może nie wszyscy mają podobne doświadczenia, ale do szkoły chodził każdy i każdy spędził tam sporą część swojego życia. Ja wróciłam do szkoły i jestem teraz po drugiej stronie barykady, co wydaje mi się dziwne i może być uznane nawet za zdradę… Ale dzięki temu, że tak żywo pamiętam jeszcze ten okres w moim życiu, rzeczywistość moich małych uczniów nie jest mi całkiem obca, co nie znaczy, ze nie doprowadzają mnie czasem do szału.

O metodzie, ale krótko

Ale… to był tylko wstęp, bo tak właściwie to chce pisać o metodzie. „Metoda” – to słowo ma juz w sobie coś strasznego, bo to znaczy, że będziemy coś porządkować według ścisłego planu, podcinać skrzydła, systematyzować. Ale metoda metodzie nie równa. I metoda Montessori, którą od kilku lat powoli odkrywam, a teraz zaczęłam nią uczyć wydaje mi się naprawdę warta zainteresowania i stosunkowo mało „podcinająca skrzydła”.
Zacznijmy od dziecka i od kobiety, która stworzyła tą metodę. Małe dziecko, które przychodzi do szkoły podstawowej jest zwykle onieśmielone, ale też pełne energii, chęci i ciekawości. Wiadomo, ze dzieci są różne, ale każde z nich ma w sobie ciekawość i chęć odkrywania świata, chociaż- być może- w różnych dziedzinach. Maria Montessori żyła we Włoszech na przełomie XIX i XX wieku, była lekarką, ale skończyła także filozofię oraz psychologię. Na początku swojej kariery pracowała z dziećmi upośledzonymi i była w stanie przygotować je do egzaminów do zwykłej szkoły państwowej, tak że zdały je lepiej niż dzieci rozwijające się prawidłowo. W 1907 roku założyła swoje pierwsze przedszkole (Casa dei bambini – Dom dziecięcy) w najbiedniejszej, robotniczej dzielnicy Rzymu – San Lorenzo. I wróćmy do dziecka – czego potrzebuje dziecko, żeby zabrać się do pracy? Potrzebuje odpowiedniego otoczenia, które dostarcza mu odpowiednich bodźców i potrzebuje wolności w tym otoczeniu oraz nauczyciela, który jest obecny, ale nie przytłacza swoją obecnością. Od tego wyszła Montessori, tworząc materiały do nauki czytania, pisania i liczenia, z których dziecko może korzystać samodzielnie, ponieważ dają możliwość samosprawdzenia. Historia Marii Montessori jest długa i zainteresowani powinni się z nią zapoznać, bo była to naprawdę niezwykła kobieta, która zjeździła kawał świata, zakładając szkoły, organizując konferencje i kursy, a wszystko po to, żeby poprawić jakość edukacji. Tak samo historia metody jest długa, ponieważ rozwija się ona do dziś i dla niektórych jest wciąż nowatorska, mimo że ma już około 100 lat.
Nie chcę się tutaj wgłębiać w teoretyczne podstawy tej metody, ponieważ boję się, że byłoby to zbyt powierzchowne i na pewno o czymś bym zapomniała. Myślę, że warto o tym poczytać i poszukać u źródeł. Niestety na język polski jest przetłumaczona tylko jedna książka Marii Montessori: Domy dziecięce wydana (niezbyt ładnie) przez Wydawnictwo Akademickie ŻAK. Ale wszystkie jej książki są dostępne po angielsku, po niemiecku (ta metoda jest bardzo rozwinięta w Niemczech) i oczywiście w oryginale, czyli po włosku. Poza tym w internecie aż roi się od stron, na których można poczytać o metodzie Montessori zarówno w pozytywach jak i negatywach. To o czym ja chciałabym jeszcze napisać to moje osobiste doświadczenia i obserwacje.

W czasach Montessori nie było Star Warsów

Wyobrażam sobie, że łatwiej było zainteresować dziecko drewnianymi literami ruchomego alfabetu 80 lat temu, kiedy nie było mowy o lotach na księżyc, o telewizji i Star Warsach, a dziecko to prawdopodobnie miało rodziców analfabetów. Nie jest lekko uczyć w dzisiejszych czasach, bo dzieci naprawdę mnóstwo wiedzą, albo im się wydaje, że wiedzą. Dookoła jest tyle kuszących zabawek, gier komputerowych, filmów i nie wiadomo jeszcze czego, że naprawdę trudno jest znaleźć miejsce na zwykłą naukę czytania. Ale mimo to, że tak „obrośliśmy” w nową wiedzę i przede wszystkim w nowe przedmioty, to w istocie procesy rozwoju dziecka się nie zmieniły.
Obserwuję to na co dzień i jestem świadkiem zarówno sukcesów jak i porażek. Wyobraźcie sobie, że codziennie rano wpuszczam dzieci do klasy i mam im zostawić wolny wybór. One decydują czego będą się uczyć danego dnia. Mają do tego odpowiednio przygotowane materiały, ale przecież nie zawsze chcą za nie chwycić. To wymaga stalowych nerwów nauczyciela. Ale już po roku widzę, że jest lepiej. To o czym jeszcze nie powiedziałam, a co jest bardzo ważne – dzieci z klas 1 do 3 uczą się w jednej sali. Tak więc te starsze opiekują się młodszymi pokazują im jak korzystać z niektórych pomocy. Są dni lepsze i gorsze – czasem wydaje mi się, ze nie robią nic sensownego, a czasami nie mogę się nadziwić ile w nich jest kreatywności. Na przykład historia Stasia, który sam zdecydował, że chce być w wyższej grupę z angielskiego i przez tydzień „przerobił” całą książkę z pomocą pani od angielskiego. Gdyby ktoś go do tego zmusił, nie sądzę, żeby mu to tak gładko poszło. Dzieci, które same z siebie chwytają za tabliczkę mnożenia, albo tłumaczą młodszemu koledze jak się dodaje za pomocą liczydła. Dzieci, które wspólnie siedzą nad dużym ruchomym alfabetem i piszą sobie nawzajem nazwy przedmiotów, które ma przynieść jedno z nich. Dzieci, które piszą własne wiersze, tworzą komiksy, projekty i plakaty przedstawiające Układ Słoneczny albo mapę świata.

Szkoła na miare tego, kto z niej korzysta

Staram się nie być ślepą wyznawczynią jednej ideologii i jednego sposobu na życie, na wychowanie czy na edukację. Ucząc w szkole dostrzegam dobre i złe strony metody Montessori. Widzę, że są dzieci, którym jest się łatwiej do tego przystosować, a są takie, które nie potrafią sobie poradzić z samodzielnym wyborem. Maria Montessori twierdziła, że trzeba czekać, bo dziecko w końcu dorośnie do wszystkiego. Ja, przyznam, że czasem nie potrafię czekać… Ale patrząc na wszystko z perspektywy mojej własnej edukacji i posiadając wiedzę o tym co dzieje się w zwykłych szkołach (oczywiście nie wszystkich… nie lubię generalizować), wydaje mi się, że dzieci prowadzone metodą Montessori wyposaża się w coś bardzo ważnego, a mianowicie w umiejętność samodzielnego myślenia i podejmowania decyzji. Poza tym pozwala się im rozwijać ich zainteresowania. Wychodzi się od tych zainteresowań, żeby poszerzać ich wiedzę. Nie chodzi o to, żeby umiały napisać coś najlepiej ze wszystkich i całkowicie bezbłędnie, ale żeby wiedziały, że robią to dla siebie, żeby umiały samodzielnie poprawić swoje błędy i nie załamywać się kiedy się pomylą, żeby umiały zadawać pytania i szukać na nie odpowiedzi. Może to brzmi nieco patetycznie, ale w dzisiejszych czasach naprawdę brakuje samodzielnie myślących ludzi, którzy potrafią brać sprawy w swoje ręce. Nie mówiąc już o tym, że w szkole spędzamy co najmniej 12 lat naszego życia. Jest to coś co dotyczyło, dotyczy albo będzie dotyczyło (chodzi mi o tych posiadających dzieci) nas wszystkich. Czy nie powinna być to szkoła na miarę tego małego, ciekawego świata i pełnego energii człowieka?

źródło: http://omnigo.pl/tekst/chodze-do-szkoly-bo-lubie


kwi 15, 2012 | Category: Ciekawostki | Comments: none

 


Leave a Reply




bottom